Bajka o kulturze z cyklu “Co by było gdyby?”
Oczywiście cykl taki nie istnieje i tworzę go na potrzebę jakże chwytliwego tytułu tego felietonu. Bo będzie o sprzedajności, gdybaniu, nieprawdopodobnych scenariuszach i „kulturalnych” snobach. Jednocześnie autor tego tekstu, czyli wypadałoby ja, zdaje sobie doskonale sprawę z cienkiej linii po jakiej stąpa i kruchej granicy absurdu i fikcji myślowej, a prawdopodobności wystąpienia niektórych zjawisk. Ocenę jednak tego, co fikcją, co prawdą pozostawia w formie smakowitego pytania brzmiącego ślicznie… „co by było gdyby?”
Bo ostatnio to się pastwimy nad kulturą. Że kiepsko się sprzedaje, że wysoka kultura jest niepopularna, że ma ogólnie przewalone w dzisiejszym zmassmedioizowanym (nieudolny neologizm mój) świecie. Zdarzyło mi się napisać, nieco z przymrużeniem oka i delikatną ironią przemyconą między wierszami felieton traktujący o „Paszportach Polityki” i ich rzekomym zbawiennym wpływie na kulturę i literaturę. I tak w pewnym momencie mój tok myślowy skierował się o krok nieco dalej – wykraczający już poza wszelkie zdroworozsądkowe podejście. A gdyby tak nagle moje wyssane z palca pseudotezy się ziściły? Co by się stało gdyby kultura wysoka nagle spopularyzowała się do tego stopnia, że stałaby się kulturą masową? Gdyby zamiast do multipleksu kinowego czy innego discoclubu ludzie stadnie zaczęli wędrować do galerii sztuki, teatrów i filharmonii?
Prawdopodobnie równowaga świata zostałaby zachwiana. I mielibyśmy do czynienia z wytworzeniem się kultury „jeszcze-bardziej-wysokiej”, a wkrótce obecna kultura wysoka stałaby się, tak pogardzaną masową. Ja nie bronię tutaj naprawdę szmatławych wytworów popkultury – ja raczej uderzam w grono osób, które elitarnie się czują wielbiąc coś, co ogół społeczeństwa uważa za nudziarstwo straszne i metr mułu. Weźmy moją ulubioną literaturę. Wychodzi sobie książka Dana Browna „Zaginiony symbol”. Wiadomo, że kupi ją pięćset milionów ludzi (dane wyssane z palca) i wiadomo, że krytycy nie zostawią na książce suchej nitki, bo wypada ją zgnoić (to dane również wyssane z palca, bo krytycy nawet o książce nie napiszą, uznając że nie jest warta ich świętych, wszechwiedzących piór). Taki stan rzeczy mamy teraz – to co masowe jest kiepskie i do niczego, mimo że rozrywka ciekawa. Książka ma nieść wartość. Więc weźmy sobie coś z repertuaru kultury wysokiej. Laureat wspomnianego „Paszportu”, Pan Paziński i jego książka „Pensjonat”. Powieść ważna, poruszająca ważkie kwestie żydowskie, filozofująca, niosąca wiele głębi, artystycznie doskonała. Mimo to nudna jak cholera i czytać się nie chce (opinia subiektywna, nie stanowiąca w żadnym wypadku recenzji powieści).
Powiedzmy, że książka taka nagle staje się bestsellerem, wszyscy ją czytają, znika z półek jak szalona. I co? Co z krytykami – byliby zadowoleni? Bo mi się śmie wydać, że nie bardzo. Prawdopodobnie ich świat ległby w gruzach, bo nagle ich wysoka kultura stałaby się powszechna. Przestaliby być elitarni. Stali by się przeciętni. A do tego dopuścić nie można. Tak jest we wszystkich dziedzinach kultury – nie chcę snuć spiskowych teorii, ale w każdej dziedzinie kultury istnieje zdaje się, grupa ludzi, która pragnie, aby nikomu wokoło nie podobało się to, co oni sami wielbią pod niebiosa. Stąd te wszystkie wystawy plastyków, których uwielbiają oni sami, ich rodzina i znajomi z grzeczności, oraz 20 osób w kraju „obeznanych ze sztuką”. Reszta nie wie o co chodzi. Albo teatr new-artowy. Im bardziej nie wiadomo o co chodzi, tym sztuka lepsza. Podobno. Tyle, że dla kogo? Ano dla tych „co się znają”. Bo reszta się przecież nie zna – skoro Ci się nie podoba to się nie znasz. Spadaj!
Spotkałem się ostatnio z opinią, że „to dobrze, że kultura wysoka jest tak mało popularna, bo dzięki temu nie jest dla wszystkich, masy jej nie profanują”. W wolnym tłumaczeniu – szary motłoch nie umywa się do nas, wielkiej inteligencji. No jasne – superświetnie, że kultura się nie sprzedaje, ma problemy finansowe i gdyby nie dotacje państwowe to padłaby na twarz, bo nie potrafi na siebie zarobić. To wcale nie jest dobra sytuacja – i dałoby radę walczyć z nią, gdyby nie przekonanie wielu osób, podobnych do cytowanej powyżej. A tak mamy wszelkich „mecenasów” kultury zamkniętych w swojej elitarności i zaślepionych własną cudownością i obeznaniem. Nie widzących tego, że z roku na rok stan polskiej kultury nie drga z miejsca i nie interesuje ona szerokiej gamy odbiorców, bo zamknęła się na nich. Żeby nie było nieporozumienia – kultura wysoka jest potrzebna, jest ważna i bardzo ją cenię… ale uważam, że nie w takiej formie jaką mamy obecnie. Bez kompromisu wiele się nie osiągnie, a chcąc pozostać elitarnym i odcinając się od „szarej masy” wkrótce można zostać zupełnie osamotnionym. A kulturze wysokiej raczej przydałoby się wyjście z półcienia, zmiana wizerunku, zainteresowanie nowoczesnego społeczeństwa.
Problem w tym, że taki stan się utrzyma, bo elity chcą pozostać elitami. Taka chyba ludzka natura – każdy od każdego pod jakimś względem stara się być lepszy. Nie można inaczej, to nazwijmy ich głupcami nie znającymi się na sztuce, społeczeństwem masowym, nie dorastającym elicie, czyli nam do pięt. Ha, my inteligencja! Być może pokolenia młodsze, urodzone w latach 90. za jakiś czas zmienią ten skostniały stan rzeczy, otwierając się na nowe rynki… a być może zniszczą kulturę jeszcze bardziej sprowadzając ją do straszliwego bełkotu, bo w końcu wspomniany nieśmiale new-art to ich wymysł. Kulturze w każdym razie potrzeba zastrzyku nowoczesności, kopa w tyłek i ocknięcia ze stagnacji. Tyle, że jeżeli dotrze do zbyt masowego odbiorcy i stanie się zbyt przystępna, to wtedy nie będzie już wysoka i elitarna – stanie się nagle masowym bełkotem wypartym przez coś „jeszcze wyższego”, sztuczny twór pseudoelit zapatrzonych w siebie, które zawsze w jakiś sposób istniały będą.
I pozostaje mi chyba smutno podsumować, że biedna staruszka kultura będzie musiała być wiecznie skazana na kluczenie pomiędzy rynkiem niszowym, a ogólnodostępnym. Inaczej sami jej twórcy zniszczą ją za zbytnie rozwydrzenie i bezczelność. Ile prawdy w tym co piszę i na ile prawdopodobieństwa każdy musi sobie odpowiedzieć sam. I pogdybać… bo czasami dobrze. A pytanie „co by było gdyby?” musi pozostać bez odpowiedzi, bo sen się nie ziści.
Poczytności
Kamil
tekst pochodzi z mojeopinie.pl