poczytalnia

Słoneczne Brzegi Rzeki Zapomnienia

z jednym komentarzem

…………

...... Hugh Forest pamiętał wszystko. Pamiętał datę bitwy o New Cold Harbor (31 maja – 12 czerwca, 1864); pamiętał imię nauczycielki z pierwszej klasy (Webel; ruda; waga, sześćdziesiąt; bez rzęs); pamiętał rekord wykluczeń podczas pojedynczej gry w Lidze Narodowej (Dizzy Dean, St. Louis Cards, 30 lipca 1933, siedemnaście, przeciwko Cubs’om); pamiętał piątą linijkę Do skowronka (Shelley: „W przeciążeniu przypadkową sztuką”); pamiętał adres pierwszej dziewczyny, z którą się całował (Prudence Collingwood, 248 East South Temple Street, Salt Lake City, Utah; 14 marca 1918); pamiętał daty trzech rozbiorów Polski i zniszczenia Świątyni Jerozolimskiej (1772, 1793, 1795 i 70 n.e.); pamiętał ile statków Nelson miał w Bitwie pod Trafalgarem (dwadzieścia) i zawód bohatera powieści McTeague Franka Norrisa (dentysta); pamiętał imię zdobywcy Nagrody Pulitzera w dziedzinie historia w roku 1925 (Fryderyk L. Paxson), nazwisko zwycięzcy Derby Epsom w 1923 (Papyrus) i swój numer na poborze w 1940 (4726); pamiętał swoje ciśnienie (sto sześćdziesiąt pięć na dziewięćdziesiąt, za wysokie); swoją grupę krwi (O) i wadę wzroku (prawe minus jeden, lewe minus pół); co powiedział mu szef, kiedy zwalniał go z pierwszej pracy („Biorę maszynę do tej roboty”) i co jego żona powiedziała, kiedy się jej oświadczył („Chcę mieszkać w Nowym Yorku”); pamiętał właściwe imię i nazwisko Lenina (Włodzimierz Iljicz Uljanov) i co było przyczyną śmierci Ludwika XIV (gangrena nogi). Pamiętał także gatunki ptaków, średnią głębokość żeglownych rzek Ameryki; imiona, nadane i przybrane, wszystkich papieży, włączając tych z Avignon.; średnią wybić Harry’ego Heilmanna i Heinie’go Groha; daty całkowitych zaćmień od czasów panowania Karola Wielkiego; prędkość dźwięku; miejsce spoczynku D.H. Lawrence’a; cały Rubáiyát Omara Khayyám; populację zaginionej osady Roanoke; szybkostrzelność automatu Browninga; kampanie Cezara w Galii i Brytanii; imię pasterki w Jak wam się podoba i swoje saldo na koncie w Chemical Bank & Trust, nad ranem, 7 grudnia 1941 ($2,367,58).

...... Po czym zapomniał o swojej dwudziestej czwartej rocznicy ślubu (25 stycznia).

….

…………

Mili poczytalni!

Powyższy fragment jest pierwszym akapitem z przetłumaczonego przeze mnie opowiadania Irwina Shaw: The Sunny Banks of the River Lethe. Pierwszy przekład był prezentem urodzinowym dla mojego ojca, który ponoć gdzieś-kiedyś-jakoś miał przyjemność lektury i mile ją sobie zapamiętał. Śmiesznym faktem jest to, że (z tego, na ile się orientuję) opowiadanie to nie ma swojego oficjalnego tłumaczenia i wydania w naszym zacnym języku, także tajemnica owych zależności Shaw-MójOjciec pozostaje dla mnie niedgadniona.

Jeśli ktoś wie, gdzie mógł na nie konkretnie się natknąć — będę wdzięczny za informację.

Co do samego tekstu — chorobowe więzienie przyczyniło się do rewizji rzeczy z folderu “Do powtórnego obrobienia kiedyś tam” i tak światło dzienne ujrzała wersja druga przekładu, nieco poprawiona i oszlifowana, którego całość znajdziecie tutaj, o. Może komuś się przyda, może komuś sprawi przyjemność, może komuś, zwyczajnie, będzie się miło czytało.

Uprzedzam jednak przed wykorzystywaniem tekstu (tego, jak i reszty poczytalni) bez wiedzy i zgody autora tłumaczenia, czyli — jak by nie patrzeć — mojej; może mieć to niemiłe konsekwencje prawne.

Miłego poczytania,
A.K.A. Suchomski

Written by Adam

16/01/2010 at 8:30 pm

E40 za Karę

Skomentuj »


Każdy przekracza narzucane nam granice po swojemu. Karę, tytułową bohaterkę powieści Mai Wolny, poznajemy w momencie pokonywania jednej z nich. Tej najbardziej przyziemnej spośród obecnych w powieści, dosłownej podróży wschód – zachód, Kraków – Bruksela. Podczas niej przyjdzie nam wysłuchać o reszcie granic zarówno z życia rodziny głównej bohaterki, jak i samej Karoliny, która ma „tylko jedną noc na opowiedzenie [mojej] historii, historii o miłości i autostradach”. Trzydzieste urodziny spędzone na dłużącej się jeździe autostradą E40 stają się idealnym tłem dla jednego z pierwszych poważnych bilansów życiowych, spowiedzi kobiety żyjącej w stałym rozdarciu nie tylko między odmiennymi krajami, kulturami i mężczyznami, lecz także wewnętrznie niespójnej, podzielonej.

Podzielenie jest bynajmniej nieprzypadkowe; bohaterowie istnieją tu w dwóch różnych narracjach czasowych i niemal każdy z nich jest rozdarty w swoich uczuciach. Dręczy ich niepewność oraz napiętnowanie przez dotkliwą stratę lub zdradę. Tytułowa Kara, narratorka stworzona pod motyw przewodni drogi i rozliczenia, przedstawia nam dwa plany, dwie narracje oddalone od siebie o ponad czterdzieści lat. Poznajemy w nich łącznie cztery pokolenia rodziny Roemberg-Małek/Maleque-Drajcher. Rodziny, na której niczym fatum ciąży powracający schemat kochania i ranienia, tworzenia czegoś wspólnego i rozwiewania tej sielskiej iluzji. Jest coś nostalgicznego i sentymentalnego w tym obrazie uczuć i wartości poddawanych probie różnic kulturowych oraz – najzwyklejszych w świecie – zdrad, nieszczerości i podwójnych żyć. Ta powieściowa szablonowość ludzkich niedoli niestety nie jest w „Karze” niczym nadzwyczajnym; ot – ciekawa próba przedstawienia powtarzalności błędów i ich konsekwencji, której jednak zabrakło pewnej dozy nieprzewidywalności, przez co całość fabuły wydaje się odrobinę zbyt wtórna.

Mocniejszą stroną prozy Wolny są za to ciekawe obserwacje i całkiem sprawna – momentami ciekawie skonstruowana – narracja. Autorka, sama żyjąca za granicą, dobrze wykorzystuje motyw drogi, przekraczania granic, do uwypuklenia międzykulturowych smaczków, które dodają uroku niektórym fragmentom powieści. Scenki z życia miejskiego Brukseli, otarcie się o historyczne Expo’58 i swojska sceneria kawiarenki L’Archipel w skontrastowaniu do ciągnącej się wiecznie E40 – wszystkie te rzeczy stanowią przyjemne i barwne tło. Niestety, przez wspomnianą już przewidywalność i sentymentalność brakuje im wiarygodności. Starają się momentami być szorstkie i jak najbardziej realistyczne jedynie po to, aby za kilka zdań przejść w projekcję naiwnych tęsknot i serię banalnych rozwiązań. Przez ową niekonsekwencję skazane są na role „tylko” ładnych obrazków, a nie zapadających w pamięć scen. Zapewne autorka miała w zamyśle zestawienie kontrastowe, lecz nie tworzy ono panoramy przekonującej na tyle, by uznać ją za w pełni udaną.

Sama kobiecość narracji podróży Wolny stanowi ciekawy głos w stosunku do – chyba najpopularniejszego drogo-pisarza ostatnich lat – przesiąkniętego twardym testosteronem Stasiuka. Nie można jednak mówić o jakiejś zdecydowanej opozycji, gdyż w przeciwieństwie do Stasiuka – młoda autorka operuje stosunkowo utartymi schematami i motywami (jak chociażby sztampowy obraz zagranicznego profesora jego i – och-jakże-tragicznej – tajemnicy), które u bardziej doświadczonego pisarza nie miałyby prawa bytu. Wyczuwalna alternatywa powieści drogi Wolny zasadza się właśnie na wyczuwalnej kobiecości jej prozy, która niektórym może wydać się walorem samym w sobie. Nie mniej – jeśli odbierać powieść w oderwaniu od kontekstu innych narracji tego typu – otrzymujemy niezgorszy obraz konfliktów uczuć na tle mentalnego i kulturowego podziału Europy wschodniej i zachodniej.

Ta powieść obyczajowa, nużąca szablonowością fabuły i interesująca kilkoma ładnymi szczegółami, opiera się na bezpiecznej i sprawdzonej konwencji powieści drogi, jednak w ogólnym podsumowaniu niewiele więcej da się na jej temat powiedzieć. „Kara” jest sprawna warsztatowo – Wolny ciekawie wykorzystuje kilka zabiegów ożywiających powieść (dobrze wplecione sceny z E40; naprzemienna narracja przeskakująca o kilka dekad w tą i z powrotem; trafne obserwacje międzykulturowe) lecz całości niestety czegoś brakuje. Przyznam szczerze, że do kupna książki zachęciła mnie rekomendacja Olgi Tokarczuk („Nadzwyczaj szczery monolog o życiu w obcym kraju, wyobcowaniu i zagubieniu. Poruszające i wrażliwe pisarstwo wysokiej próby.”). O ile z pierwszym zdaniem mogę się jeszcze zgodzić, o tyle drugie jest dla mnie wielce niepokojące. Pisarstwo Mai Wolny jest umiarkowanie poruszające i raczej nie przekracza progu literatury niezłej. Pewna przewidywalność i szablonowość tej książki sprawia, że w żadnym wypadku nie nobilitowałbym jej do rangi pisarstwa wysokiej próby. Nie mniej – czytelnikom nie oczekującym od literatury zbyt wiele (lub takim, których pasjonują międzynarodowe problemy miłosne) mogę „Karę” polecić jako bezproblemowego mordercę czasu, chociażby na dłużącej się E40, o którym można później bez żadnych wyrzutów sumienia zapomnieć.

Tytuł: Kara
Autorka: Maja Wolny
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, Warszawa 2009
ISBN: 978-83-7648-226-2

Miłego poczytania,
Wprost z mojeopinie.pl,
Wujek Suchomski

Written by Adam

12/01/2010 at 10:49 pm

Nic

Skomentuj »

“W hołdzie Bohumilowi Hrabalowi”? Cholera, dobrze, że już nie żyje.

Jeśli ktoś jest zainteresowany tym, jak w powinna wyglądać przykładowa przestrzelona proza licealna, to trafił świetnie. Możliwe, że młodego Pawła przerosło wyzwanie rzucone intertekstualności. Większość aluzji, zaczerpniętych motywów i odnośni jest — na zmianę — albo zbyt oczywista, bez głębszego znaczenia dla tekstu, albo też zbyt przesadzona, starająca się na siłę ową głębię wywiercić, lecz nie oferująca tekstowi nic ponad estetykę wynikającą z samego bycia aluzją dla aluzji. Porywanie się na wymuszoną wielowarstwowość przy jednoczesnych niedoskonałościach warsztatowych powoduje, że proza wydaje się być momentami niemal nieczytelna przez przeartyzowanie. Wszystko jest strasznie nierówne. To, co miało być “atmosferą ujmującego absurdu” wydaje się być absurdem zwyczajnym, z rodzaju tych nudnych i nawet nie zabawnych. Cała metafizyka i mistyka wtłoczona w formę wprowadza tu surrealistyczny bałagan. Krótkie, niewielkie objętościowo opowiadania porozbijane są przez kłujące w oczy szczegóły; senne wizje autora rozkładają się i rozpadają bez wyczuwalnego rytmu i przyczyny, lecz jednocześnie pozbawione są potrzebnej tu innowacyjności, świeżości i nieprzewidywalności. Odnoszę wrażenie, że proza Orła stanowi dla niego (lub kiedyś stanowiła) jedynie pretekst do popisów językowych i erudycyjnych. Wystarczy sobie, taka, jaka jest, pewnego poziomu nie przekraczając nigdy. Nazwiska,  zabawy z narracją, cytaty, żonglerka formą, aluzje, a wszystko i tak sprowadza się do– ach! czy wspominałem już, że tytuł “Nic a nic” powinien zostać nominowany do nagrody w kategorii Najwierniej Oddający Wartość Książki Tytuł Roku? Jak na razie mój zdecydowany faworyt.

Aczkolwiek jeśli macie w rodzinie jakichś młodocianych wannabe artystów — idealny prezent na święta. Może ich zainspiruje, stworzą coś sami i za kilka lat będzie można wydać zbiorową antologię tego typu dziełek: “Niech To Szlag, Wielkie Pieprzone Nic”.
Tak, to nic, to by było coś.

Serio — nie czytajcie tego,
Wujek Suchomski

Written by Adam

21/12/2009 at 12:07 am

Karimski Herbert

Skomentuj »

Recepcja Herberta na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat to temat na niejedną pracę naukową. Można bez obaw stwierdzić, że jest to jeden z najlepiej omawianych poetów w naszej powojennej historii, lecz jednocześnie trzeba by smutnie zwiesić głowę nad poziomem świadomości większości społeczeństwa na jego temat. Przed rokiem ‘89, z powodu niemalże wyłącznie patriotyczno-buntowniczego odczytu, był widziany jako mentor, drogowskaz moralny i etyczny, po części dziedziczący romantyczną spuściznę szerokiego oddźwięku społecznego. Po roku ‘89 – cóż… jak większość kłopotliwych (bo wymagających) ciężarów został zmarginalizowany, spłaszczony, prawie jednoznacznie przeniesiony żywcem na karty niezręcznej historii. „Wielki, ale przebrzmiały”, zdezaktualizowany, będący jedynie słabym głosem w świecie nowej wolności. A dzisiaj? Jak wygląda sytuacja z odbiorem Herberta dwadzieścia lat po przełomie, u schyłku pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku?

Ciekawą odpowiedź na to pytanie stara się przedstawić lider międzynarodowego zespołu muzycznego Karimski Club – Karim Martusiewicz. Z okazji osiemdziesiątej piątej rocznicy urodzin poety przygotował on projekt, do którego zaprosił swoich znajomych z KC oraz grono wybitnych polskich artystów sceny muzycznej i teatralnej. Niewątpliwymi asami w tej Karimskiej talii są Wojciech Waglewski i Jan Nowicki – oboje operujący niezwykle charakterystycznymi głosami, będącymi marką samą w sobie, szeroko rozpoznawanymi na naszej rodzimej scenie artystycznej. Rewelacyjnie zaprezentowały się także dwie wokalistki – (znana wielbicielom progresywnego popu) Gaba Kulka i Sylwia Wiśniewska, które swymi delikatnymi głosami równoważyły charyzmatyczną chrypkę Nowickiego, świetną recytację Jerzego Stuhra (którego chyba nie trzeba przedstawiać) i Rafała Mohra (znanego z roli w – swoją drogą, świetnym – serialu „Pitbull”), rap Antara Jacksona (KC) oraz – uwaga – fragmenty deklamacji samego Zbigniewa Herberta (dzięki uprzejmości archiwów Radia Kraków). Oprócz wyżej wymienionych udział w projekcie wzięli: Muniek Staszczyk (T.Love), Adam Nowak (Raz, Dwa, Trzy), Sebastian Karpiel-Bułecka (Zakopower), reszta międzynarodowej brygady Martusiewicza z Karimski Club, a także goście z ukraińskiego Haydamaky i chóru Bonus Consort. Sporo tego, ciekawa mieszanka. Co zaś się tyczy samego wydania – jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Za niewielką, jak na oryginalną płytę, cenę trzydziestu dwóch złotych otrzymujemy naprawdę solidny produkt. Obszerną, okraszoną ciekawie wkomponowanymi fotografiami wykonawców, „książeczkę” i płytę w sztywnej, książko podobnej oprawie.

Wracając do samych utworów – problem z przeniesieniem tekstów Herberta w przestrzeń muzyczną został ciekawie rozwiązany – twórcy projektu poszli w stronę przeciwną do wiernego, „literalnego odczytu”. Zespół Karima nie popełnił tego błędu, który mógłby zdecydowanie negatywnie wpłynąć na melodyjność utworów; wręcz przeciwnie – oryginalne fragmenty tekstów Herberta zostały dostosowane do potrzeb muzycznych. Zostały one w większości przypadków zapętlone, poobcinane, zmiksowane i przeplatane na zmianę z innym utworem lub odgrywane na przemian w różnych językach. Wszystko to zostało okraszone aranżami utrzymanymi w klimatach jazz/funk/electropop, dzięki którym – nierzadko z góry brany za „ciężki” – wydźwięk tekstów został oswojony. Świetnym przykładem jest tu Przesłanie na bazie Przesłania Pana Cogito. Oryginalny tekst często jest odczytywany jako swego rodzaju przytłaczający, lecz „etycznie wysoki” wiersz o istocie człowieczeństwa – aranż Przesłanie, poprzez wprowadzenie mocnej melodyjności, różnojęzycznych wtrętów czy też (jak dla mnie – świetnie dobranych) fragmentów rapu A. Jacksona bynajmniej nie obdziera go ze szlachetnego wydźwięku, lecz w pewnym stopniu pozwala odbiorcy spojrzeć na niego z innej perspektywy.

Można by w tym miejscu zapewne dyskutować nad słusznością takiego (z pewnością znajdą się puryści, którzy stwierdzą, że negatywnego) przybliżenia, ucodziennienia tekstów Herberta. Z jednej strony, i tu nie odkryję nic nowego – naturalnie nie ma porównania między odsłuchem tej płyty, a solidną lekturą i refleksją nad tomikiem poezji. Z drugiej zaś – takie projekty, oryginalne adaptacje poetyczno-muzyczne, cieszą się od dłuższego czasu powodzeniem wśród odbiorców o ambicjach przewyższających kolorową papkę masowej taśmówki. Należy mieć nadzieję, że właśnie dzięki takiej formie poezja Herberta trafi do kogoś, kto może normalnie by po nią nie sięgnął.

Jako wielbiciel twórczości Herberta muszę przyznać, że niektóre elementy tego projektu mogą faktycznie odrobinę upraszczać tę poezję. Jednak jako człowiek uzależniony od muzyki – z uśmiechem kiwam głową w rytm funkowego aranżu i muszę znosić nieznośne spojrzenia współpasażerów tramwaju na chwilę po tym, jak starałem się zachrypieć do Uderzam w deskę w duecie z Nowickim. Odkładając na bok uprzedzenia (jeśli takowe mamy) płynące z podejrzenia o potencjalną profanację – otrzymujemy kawał przedniej, bogatej brzmieniowo muzyki, opartej na tekstach Poety przez wielkie P. Herbert w nowej, ciekawej oprawie, starającej się stworzyć, jeśli nie kolejną perspektywę odczytu jego twórczości, to przynajmniej ciekawe jej odświeżenie. Nie wiem, jakie by to mogło mieć wady.

Tytuł: Herbert
Wykonawcy: Karimski Club i Goście
Wydawnictwo: Agora, Kiton Art Records
Strefa Inne Brzmienia 2009
ISBN: 978-83-7552-751-3

Miłego posłuchania,
Wprost z mojeopinie.pl,
Wujcio Suchomski

Written by Adam

09/12/2009 at 9:13 pm

Kanger jego mać

Skomentuj »

Mili poczytalni!

Zawadzki z polowania nie wraca, jednak mi jakoś udało opanować się kosmiczny burdel z poprzedniego tygodnia. Sajgon został chwilowo spacyfikowany, suchomska flaga zawisła nad zgliszczami. Ciągle jednak przyjmę łóżko (w liczbie jeden), w chwili obecnej to raczej moja imitacja materaca śpi pode mną, niż ja śpię na niej.

W tym miejscu powinien znaleźć się jakiś niezwykle optymistyczny akcent, lecz zamiast niego wyłonił się naglący przymus napisania o jednej z gorszych powieści kryminalnych, jakie miałem wątpliwą przyjemność czytać. Piotr Kupicha by polecił, niestety chwilowo nie mamy funduszy.

To zdecydowanie nie jest dobry czas na rzucanie palenia,
Wujcio Suchomski

Written by Adam

08/11/2009 at 8:38 pm